Inspiruje nas Wolność

Spacer po ulicy Szerokiej

Wejście do nieistniejącego świata. Była taka ulica w Lublinie, istniała jeszcze siedemdziesiąt lat temu i każdy lublinianin wiedział, gdzie ona się znajduje i kto na niej mieszkał. Gdybyśmy dzisiaj zapytali przeciętnego mieszkańca Lublina, gdzie była ulica Szeroka lub z czym kojarzy się ludziom ta nazwa, nieliczni pewnie wskazaliby lokalizację, gdzieś na Podzamczu, inni wspomnieliby o kawiarni i restauracji mieszczącej się przy ul. Grodzkiej. Większość ludzi prawdopodobnie nie skojarzyłaby tej nazwy z żadnym miejscem w Lublinie.

Serce miasta

Była taka ulica w Lublinie, istniała jeszcze siedemdziesiąt lat temu i każdy lublinianin wiedział, gdzie ona się znajduje i kto na niej mieszkał. Nie znaczy to, że każdy lublinianin z okresu przedwojennego na Szerokiej był. Dla wielu osób była to terra incognito, miejsce, do którego można było dojść z Krakowskiego Przedmieścia w zaledwie dziesięć minut, a kulturowo tak oddalone od eleganckiego Lublina, jakby to były jakieś zamorskie kraje. Ulica Szeroka była sercem żydowskiego Lublina od najdawniejszych czasów, kiedy w Lublinie osiedlili się w XV w. Żydzi. Z pewnością była już wytyczona w XVI w., bo wspominają o niej ówczesne dokumenty. Nosiła wówczas inną nazwę – ulica Żydowska – Platea Judeorum. Kiedy pojawiła się nazwa Szeroka, tego nie wiadomo. Z pewnością oficjalnie funkcjonowała już na początku XIX wieku. Nieoficjalnie ulica Żydowska przetrwała aż do czasów II wojny światowej, ponieważ Żydzi nazywali Szeroką w języku jidysz – a Jidn gas, właśnie ulica Żydowska. Podobnie zresztą jak żydowską nazwę miała Brama Grodzka – a Jidisze Brum – Brama Żydowska. Tej nazwy używali przed wojną nawet Polacy zamieszkujący Lublin. szeroka2 Tu mieszkał założyciel lubelskiej jesziwy Nie wiemy, jak wyglądała Szeroka w okresie staropolskim. Można jedynie domyślać się, że przeważała na niej drewniana zabudowa, wśród której spotykało się większe, murowane domy należące do lubelskich bogaczy. Od początku XVI w. ulica ta stała się sercem dzielnicy żydowskiej w Lublinie i głównym miejscem ich zamieszkania, ponieważ w mieście obowiązywał przywilej de non tolerandis Judaeis, zakazujący Żydom osiedlania się w obrębie dzisiejszego Starego Miasta aż do 1862 r. Wokół Szerokiej zaczęły pojawia się kolejne ulice, w miarę rozrastania się liczby ludności żydowskiej w Lublinie.

Mniej więcej z tego samego okresu pochodziła też ulica Jateczna, gdzie kahał lubelski wybudował Wielką Synagogę, zwaną Synagogą Maharszala. Tam też funkcjonowała pierwsza jesziwa lubelska. Z drugiej strony wzgórza zamkowego, w II połowie XVI w. zaczęła rozwijać się ul. Podzamcze. Mniej więcej w tym okresie gdzieś na Szerokiej mieszkał słynny rabin i twórca pierwszej lubelskiej jesziwy Szalom Szachna. Od 1559 r. funkcjonowała tu drukarnia ksiąg hebrajskich należąca do Chaima syna Izaaka i Anny córki Józefa. W kilkanaście lat później przy Szerokiej powstaje kolejna drukarnia hebrajska należąca do Kalonymusa syna Mordechaja. W którejś z tych drukarni wydano najsłynniejszą książkę, cieszącą się do dzisiaj uznaniem wśród religijnych kobiet żydowskich „Cene urene” – modlitewnik dla kobiet spisany w języku jidysz, który wszedł do kanonu literatury żydowskiej. Od pierwszego wydania, które pojawiło się w I połowie XVII w. do dzisiaj ukazało się 250 kolejnych. Nie brakowało synagog Wielka Synagoga stała poza ulicą Szeroką, która prawdopodobnie w XVI w. była na tyle gęsto zabudowana, że nie było już miejsca na tak obszerną budowlę. Jednak i na Szerokiej nie brakowało synagog. Jedną z najstarszych była synagoga Hirsza Doktorowicza, powstała w 1638 r. i mieszcząca się w kamienicy Szeroka nr 2. Pod numerem 3 funkcjonowała niewielka Synagoga Urzędników Handlowych. W okresie późniejszym, aż do czasów II wojny światowej nazywano ją Synagogą Kotlarską. Już w wieku XVIII powstały jeszcze synagoga Abrahama Heilperna, ostatniego marszałka Sejmu Czterech Ziem (Szeroka 44). Wreszcie Szeroka 28 – centrum lubelskiego i polskiego chasydyzmu, dom Jakowa Icchaka Horowitza-Szternfelda, zwanego „Widzącym z Lublina”. Prawdopodobnie na przełomie XVIII i XIX w. powstała tu pierwsza bóżnica chasydzka w Lublinie, która zaraz po śmierci „Widzącego” przeszła pod administrację lubelskiej gminy żydowskiej. W połowie XIX w. powstała pod numerem 40 kolejna bożnica chasydzka, założona przez Judę Lejba Eigera, twórcę chasydzkiej dynastii lubelskiej. Dynastia ta, prawie całkowicie dzisiaj zapomniana, wymaga odrębnego tekstu. Nie były to bynajmniej jedyne miejsca przy tej ulicy, gdzie Żydzi lubelscy przychodzili na modlitwę.

Wspomnieliśmy o Sejmie Czterech Ziem, instytucji unikalnej na skalę całej Europy. Była to główna reprezentacja polityczna, fiskalna, kulturowa i religijna Żydów Rzeczypospolitej. Decydowała o wysokości podatków odprowadzanych z kahałów na dwór królewski, ale także dyskutowała, jak reagować na wydarzenia polityczne. W kwestiach religijnych była wyrocznią dla wszystkich gmin żydowskich w Europie. Dawni historycy wskazywali, że miejscem obrad lubelskiego Waadu (hebrajska nazwa tej instytucji brzmiała Waad Arba Aracot) był dom przy ul. Szerokiej 19. Wojna i pożar Szeroka poprzez wieki zmieniała swoje oblicze. W 1655 r. została całkowicie zniszczona przez wojska kozacko-moskiewskie, podobnie jak całe Podzamcze i wszystkie przedmieścia lubelskie. Prawdopodobnie padła też ofiarą pożaru miasta w 1719 r., co można zobaczyć dzisiaj na słynnym obrazie wiszącym w bazylice ojców Dominikanów. Domy z ulicy Szerokiej, które znamy z fotografii i pocztówek pochodzących z początków XX w., nie były starsze niż 200-250 lat. To właśnie wtedy ulicę tą zdominowały dwu i trzypiętrowe kamienice, które w ciągu lat dodatkowo obrastały od strony podwórek różnymi przybudówkami. Miejsca w Mieście Żydowskim było mało, a mieszkańców z każdym rokiem przybywało. Gdzieś ci ludzie musieli się pomieścić, skoro zabraniano im na osiedlenie się między chrześcijanami.

Rzeczywiście była szeroka

Niewątpliwie Szeroka była najbardziej reprezentacyjną ulicą tej dzielnicy. Jak wspominają przedwojenni lublinianie, rzeczywiście była szeroka i przede wszystkim zatłoczona. Było to centrum handlowe w tej części Lublina i przedłużenie traktu handlowego przebiegającego przez Starem Miasto w stronę ulicy Ruskiej, skąd drogi prowadziły już na Ruś i Litwę. Do 1862 r. przy Szerokiej funkcjonowały największe żydowskie sklepy i tu mieszkali najzamożniejsi Żydzi. Jednak życie toczyło się też na ulicy, gdzie nie brakowało drobnych handlarzy. W XIX-wiecznej prasie lubelskiej można znaleźć informacje, jak trudno było „turyście miejskiemu” przejść przez zatłoczoną Szeroką, gdzie na chodnikach był tłum sprzedawców i klientów, a na samej ulicy mnóstwo wozów. Przy tym była to ulica, na której słyszało się przeważnie język jidysz. Po 1862 r. Szeroka zaczęła się degradować. Najzamożniejsi Żydzi lubelscy zaczęli przenosić się na Stare Miasto i na Krakowskie Przedmieście. Przenosili ze sobą też firmy. Szeroka ubożała. Nadal funkcjonowały tu sklepy i zakłady rzemieślnicze, ale przeważnie niższej klasy. Na wysokości dzisiejszych schodów prowadzących z Placu Zamkowego na ul. Grodzką na tzw. Psiej Górce (tych psich górek Lublin miał więcej) istniał targ tandetą. Sprzedawano tu używaną odzież i obuwie, ale codziennie też siadywały przy tym targowisku żydowskie handlarki, u których można było kupić makagigi, gorący groch oraz zapomniany przysmak, typowy tylko dla Lublina i okolic – bubelach, babki wypiekane z mąki gryczanej, jedzone na ciepło z masłem (eksperymenty nad przywróceniem tej potrawy trwają). Szarość Zupełnie zubożała Szeroka po I wojnie światowej. Nieremontowane kamienice coraz bardziej szarzały, coraz więcej było tu biedoty żydowskiej, również takiej napływowej z prowincji, liczącej na lepszy chleb w wojewódzkim Lublinie. Nadal ulica ta zachowała swój religijny charakter. W szabaty i wielkie święta żydowskie przybierała elegancki charakter z dominacją chasydów, odwiedzających swojego rebego przy Szerokiej 40. Szeroka 28 nie była żadnym magicznym miejscem – jeszcze jedna bóżnica w dzielnicy żydowskiej, którą określano „dla modlących się w biegu”. Tu zawsze był minian – dziesięciu dorosłych mężczyzn gotowych do modlitwy. W tej samej kamienicy funkcjonowała także jedna z wielu żydowskich piekarni. Jednak codzienność na Szerokiej była szara. Domy nie były skanalizowane. W podwórkach kipiały od nieczystości wspólne ustępy. Po ostatniej wielkiej epidemii cholery, która nawiedziła Lublin w 1892 r. i dzięki której miasto otrzymało nowoczesną kanalizację, Szeroka zyskała jedynie dwie studnie. Wodę w nich kupowało się na wiadra jeszcze w okresie międzywojennym. Jedna z tych studni przetrwała do dzisiaj – jedyny ślad po ulicy Szerokiej. Stoi samotnie przy palcu manewrowym dworca PKS. Wiele kamienic nie miało elektryczności. Ale nawet do tego siedliska ubogich zaczęła wkraczać w okresie międzywojennym nowoczesność. Obok bóżnic i domów modlitwy zakładano siedziby związków zawodowych i partii politycznych, gdzie toczono burzliwe dyskusje o wyższości syjonizmu nad komunizmem lub odwrotnie. Szeroką paradowały także pochody organizacji żydowskich. Był to fragment Lublina, który wielu chrześcijańskim mieszkańcom miasta w ogóle nie był znany – lubelska terra incognita. Wielu chrześcijańskich lublinian na Szerokiej prawie nigdy nie było. Podobnie, jak wielu żydowskich mieszkańców Szerokiej rzadko zapuszczało się na Krakowskie Przedmieście. Dwa światy, które żyły obok siebie, ale wydawało się przez setki lat, że żyć bez swojego sąsiedztwa nie mogą. Okazało się jednak , że można żyć po amputacji fizycznej obecności i pamięci.

Getto

W czasie II wojny światowej Szeroka stała się centralną ulicą getta lubelskiego, utworzonego w marcu 1941 r. przez Niemców. Jednak jej handlowy charakter został w tych zmienionych warunkach przeniesiony na Furmańską i Cyruliczą, które były bliżej tzw. aryjskiej strony. Sklepy i warsztaty, a także strychy na Szerokiej zamieniły się w mieszkania, gdzie gnieździło się po 7-8 osób na izbę, przeważnie tych Żydów, którzy zostali tu wysiedleni z innych części miasta lub nawet spoza Lublina. W marcu 1942 r. zdecydowaną większość mieszkańców Szerokiej Niemcy deportowali do obozu zagłady w Bełżcu. Ta gwarna niegdyś ulica, całkowicie opustoszała. Jest taka fotografia z lata 1942 r. – domy jeszcze stoją, w niektórych z nich pootwierane okna, tyle że nie ma już ludzi. Jeszcze późną wiosną 1942 r. próbowano zasiedlać Szeroką Polakami. Ci natomiast bardziej byli zainteresowani szabrem wszystkiego, co dało się wynieść, łącznie z framugami okiennymi i fajerkami z kuchni. Od lata 1942 r. zapadła decyzja o wyburzeniu najstarszej części dzielnicy żydowskiej, na czele z ulicą Szeroką. W tym celu przyprowadzano więźniów obozu koncentracyjnego na Majdanku, wśród których byli też dawni mieszkańcy tej ulicy. Rozbierano dom po domu tak, że nie pozostawały po nich żadne ślady.

Plac Zamkowy

W 1944 r. Szeroka była jedynie jezdnią pomiędzy dwoma zwaliskami gruzu. Zniszczenia pozostałości dopełniły prace budowlane z lat 1953-1954, gdy tworzono tu Plac Zebrań Ludowych z okazji X-lecia PRL (dzisiejszy Plac Zamkowy). Część piwnic i fundamentów wysadzano w powietrze. Prac archeologicznych nikt, oczywiście nie prowadził. Zanikała też pamięć o ulicy Szerokiej, chociaż czasami miejsce to daje nam o sobie znać. Tak było chociażby, gdy ktoś niefortunnie wpadł na pomysł, żeby na miejscu dawnej Szerokiej postawić kolejny pomnik ku czci Zaporczyków. Odkryto wtedy piwnice dawnego domu, a w nich znaleziono resztki pozostałości po dawnym świecie – jakieś zawiasy, fragmenty naczyń. Ostatnie ślady po zamordowanej cywilizacji, można powiedzieć – pozostałości lubelskiej Atlantydy. Dzisiaj niestety znów zasłonięte pomnikiem. O Szerokiej przypomina jedynie studzienka, kamień pamiątkowy u podnóża zamku oraz tablica ku czci „Widzącego”. Jest jeszcze nowa kamienica, wybudowana w 1954 r. Jej kształt – budynek z mansardą, który jest czterokrotnie powtórzony w ciągu zabudowy wokół Placu Zamkowego, ma przypominać charakterystyczny dom z mansardą z ulicy Szerokiej, widoczny na wielu zdjęciach sprzed wojny, okresu okupacji nazistowskiej oraz wyburzania tej ulicy. Kto nie wie, ten się nie domyśli, a był to specjalny zamysł autora, by został chociaż jakiś slad po ulicy Szerokiej. Nie wydaje się jednak by był to nadmiar pamięci o miejscu, które bezpowrotnie minęło oraz o jego mieszkańcach.

Robert Kuwałek

Fot. Archiwum Ośrodka Brama Grodzka Teat rNN

Bajgle i makagigi

Tak wspominała Lublin Julia Hartwig. – Zgiełk, gwar, tłok. Z żydowskiej piekarni dolatuje zapach świeżego chleba i placków z cebulą, w dni szabasu w oknach zapalają się świece. Kochałam ulicę Lubartowską i targ na Świętoduskiej. Pamiętam sodówkę z sokiem malinowym i sprzedawców dywanów o egzotycznej urodzie – mówiła znakomita poetka.

– Najwspanialszą rzeczą na świecie w dzieciństwie były bajgle. To były takie obwarzanki, których smaku się nie zapomni. Parę lat przed wojną moim obowiązkiem była wędrówka w niedzielę rano na Wieniawę do piekarni. Ta piekarnia była żydowska i mieściła się jeszcze przy Al. Długosza. Chodziłam do piekarni po taką wspaniałą bułkę, którą jedliśmy na śniadanie w niedzielę. Ona była wyjmowana przez tego piekarza Żyda prosto z pieca i dlatego się szło w niedzielę, żeby była świeżutka. Żydzi jak wiadomo mają swoje święto w soboty, więc w niedzielę pracowali i piekli normalnie – czytamy we wspomnieniach Teresy Szmigielskiej na stronach Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN.

Żydzi wypiekali także słynne cebularze, sprzedawano je wprost z wiklinowych koszy, noszonych przez handlarzy na ramionach. – Na przykład te cebularze, co są w tej chwili, to ja zawsze mówię, że takich cebularzy to dla mnie to nie jest cebularz. Ja jadłem przed wojną cebularze, to cebularz był taki duży i on był tutaj podziurawiony w środku. Podziurawiony chyba nożem, posypany tą cebulą. Ale w tym miejscu, gdzie był podziurawiony, on w ogóle nie wyrastał i był cienki i chrupiący, a tylko obrzeże było wyrośnięte. Jak się takiego cebularza posmarowało masełkiem to pycha. A dzisiaj to jest taki „klajster”. To nie są cebularze. Nie wiem, dlaczego nie dziurawią, żeby ten cebularz był tak jak przed wojną, a tam takie były – wspominał Waldemar Greszta.

Chyba największym powodzeniem mieszkańców Lublina cieszył się bubelach. Była to babka gryczana pieczona w małych foremkach. Żydówki sprzedawały je gorące, posmarowane masłem. Podobnie jak gotowany groch z żeliwnego garnka, który długo trzymał ciepło. Wielkim przysmakiem były także kiszone jabłka.
W żydowskich sklepikach można było dostać orientalne słodycze, w tym makagigi. – To kwadraciki z maku, nie wiem czym to tylko sklejone było, takie twarde. Dopiero w ustach się rozpuszczało – wspomina Greszta.

W latach dwudziestych Lublin słynął także ze znakomitych sklepów wędliniarskich. – Życińskiego przy ul. Świętoduskiej, Suchodoła, Zduńskiego i Kaczyńskiego przy ul. Narutowicza, która do 1928 roku nazywała się Namiestnikowska – wymienia Marta Denys w książce „Lublin między wojnami”. Ciekawe, że w tamtych szalonych latach można było kupić znakomite sery żółte szwajcarskie i litewskie.

(Fotografia, archiwum Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN)

Namiętny Lublin

Rozmowa z Martą Denys, autorką książki „Lublin między wojnami. Opowieść o życiu miasta 1918-1939”.

• Książka skończona, świetnie się sprzedaje. Czy ma pani niedosyt, że nie wszystko udało się opowiedzieć ?
– Muszę powiedzieć, że w trakcie pisania już mi się robił niedosyt. Trafiałam na frapujące tematy, anegdoty, drobiazgi, nad którymi nie zdążyłam posiedzieć. Zmieściłam to, co mogłam zmieścić. Każdy rozdział to 2 strony maszynopisu, książka ma tyle rozdziałów, co ma i myślę, że gdybym po raz drugi pisała panoramę życia mieszkańców Lublina, wyszłaby dwa razy większa.

• W zaczarowanym Lublinie tamtego czasu jeździły dorożki. Ale na reprezentacyjnej ulicy sprzedawano samochody?
– Składano je w zakładach mechanicznych Plagego i Laśkiewicza, gdzie w 1925 roku powstał dział karoserii samochodowych. Produkowano karoserie drewniane i blaszane, składano samochody różnych marek. W tym kabriolety na podwoziu chryslera, którego model reklamował sam ordynat Konstanty Zamoyski. Zachowało się zdjęcie tego samochodu na tle Wieży Trynitarskiej.

• Gdzie się kupowało auta?
– Poszczególne marki miały swoje salony. Było ich bardzo wiele. Głównie mieściły się przy Krakowskim Przedmieściu, na ul. 1 maja, na Bernardyńskiej. W latach 1932–33 z powodu kryzysu sprzedano tylko 150 samochodów osobowych i ciężarowych.

• Jakie były ceny?
– Młody hrabia Przewłocki spod Bychawy rozbijał się sportową lancią za 14 tysięcy złotych. Nadwozie można też było sobie zrobić samemu i z poradnikiem w ręku zamocować go na fabrycznym nadwoziu.

• Na jednym ze zdjęć, pochodzących ze słynnego archiwum Ordonki, widać gwiazdę w jednym z takich samochodów. W końcu występowała w Lublinie…
– W Lublinie z tamtych lat tętniło życie, do późnych godzin otwarte były teatrzyki i kabarety. Pierwszym kabaretem z prawdziwego zdarzenia był „Czarny kot”, który powstał 5 maja 1917 roku przy Krakowskim Przedmieściu 48. Dwa lata później jego miejsce zajął „Wesoły ul” i tam występowała Ordonka.

• To tu do niej strzelał zazdrosny kochanek?
– Być może. Choć nad tą sprawą snuje się mgła tajemnicy. Coś w tym jest, bo jej pierwszą wielką miłością był Janusz Sarnecki, w Lublinie kochało się w niej wielu, ale dla niej liczyło się wielkie kochanie i wielka miłość.

• O Ordonce pisał Józef Łobodowski, twierdząc, że urodziła się w żydowskiej rodzinie w Lublinie. Łobodowski: poeta i bokser, który naśmiewał się z nóg Marleny Dietrich.
– W 1932 roku napisał o nogach Marleny. Skrytykował filmy wyświetlane w kinach. „Dosyć grzebania się w gnijącym ścierwie cywilizacji dnia wczorajszego. Wiecznego komentowania przygód dystyngowanych panienek. Na szmelc słodką Jadzię Smosarską” – pisał we wspomnianym tekście. Potem dostało się nogom Poli Negri.

• Gdzie chodziło się na seanse filmowe?
– Do kinoteatrów, gdzie wyświetlano nieme filmy do lat trzydziestych i gdzie odbywały się rewie, wiece polityczne, a nawet pokazy boksu i zapasów. Do najbardziej eleganckich należało Apollo przy Szpitalnej, Corso przy Radziwiłłowskiej, Rialto przy Jezuickiej. Tam też odbywały się bale w celach dobroczynnych i bardzo towarzyskich.

• Na których czynnie udzielał się Łobodowski?
– Poeta o nadzwyczajnej fantazji i temperamencie oraz chłopięcej niesforności. Jako młody literat został skazany na 3 miesiące aresztu.

• Za co?
– Za obrazę armii. Podczas zabawy w kasynie oficerskim w 1938 roku wszczął awanturę. Major Falkowski zaczął uspokajać poetę; chciał zażegnać konflikt. Ten obiecał, że się uspokoi. Wytrzymał chwilę, znów zwrócono mu uwagę, Falkowski wezwał na pomoc intendenta. Ten nie mógł sobie dać rady z krewkim Łobodowskim. Wezwano gospodarza zabawy, pana Józefa Jakimińskiego, w nadziei, że ten zdoła wpłynąć na poetę i nakłoni go do opuszczenia lokalu. Pertraktacje odbyły się w pokoju karcianym i trwały godzinę. Wezwano posterunkowego, który odprowadził poetę do aresztu na Poczętkowską do pałacu Potockich.

• Panowie lubili zaglądać do domów uciech. Jak to możliwe, że jeden z najbardziej uczęszczanych mieścił się tuż obok wejścia do kościoła Dominikanów?
– A to już kwestia smaku tych, którzy ten przybytek prowadzili. Na Żmigrodzie, dokładnie naprzeciwko katedry, były równie popularne domy pod czerwoną latarnią. Podobnie jak na ulicy Dolnej Panny Marii, gdzie dochodziło do burd z mieszkańcami Lublina, którzy chcieli wykurzyć prostytutki z miasta. Nie dało się. Nawet pod filarami katedry dochodziło do nocnych burd, gdzie spotykało się towarzystwo lżejszego obyczaju, co wywoływało niesmak i zgorszenie wiernych.

• A to prawda, że w Lublinie produkowano koniak?
– Tak. Kieliszek wybornego koniaku „carcheau” z Lublina był rarytasem w pierwszorzędnych restauracjach. Fabryka mieściła się w klasztornych obiektach przy Bernardyńskiej.

• Mieszkańcy Lublina mieli fantazję?
– Jan Kazimierz Kalicki, właściciel składu jubilerskiego i klubu jeździeckiego, wjechał do restauracji „Europa” konno i zaprosił setkę gości uczestniczących w ułańskich pokazach na strzemiennego.

• Słynne romanse i samobójstwa?
– Pierwsze pilnie skrywano. A samobójstwa popełniano z honoru. Sanitariuszka w szpitalu Bożego Jana dostała wymówienie, zatruła się kwasem siarczanym. Młody kapral stacjonujący w obozie południowym, który nie mógł się wyliczyć z pieniędzy, ze wstydu napił się esencji octowej. Najbardziej tajemniczą sprawą była tragiczna śmierć Jana Turczynowicza, znakomitego prezydenta Lublina. Był tenisistą, łyżwiarzem, dziekanem okręgowej rady adwokackiej, do dziś nie wyjaśniono okoliczności jego samobójczej śmierci.

• Atrakcje?
– W 1930 roku występował w Lublinie człowiek mucha. Znany akrobata Feliks Nazarewicz wspinał się po nagiej ścianie czteropiętrowej kamienicy przy ul. Kościuszki, wstęp kosztował 50 groszy, w tłumie zanotowano parę omdleń. Popularne były seanse chodzenia po linie. Linę rozpinano na Ewangelickiej i placu przed dzisiejszą katedrą. Sztukmistrz wędrował od Wieży Trynitarskiej do pałacu po drugiej stronie ulicy. Ale cóż to znaczyło wobec tresury trzydziestu afrykańskich lwów w cyrku Staniewskiego, który stacjonował naprzeciwko cmentarza przy Lipowej. Albo motocyklisty, który jeździł po linie. I fakira tańczącego na rozżarzonych ogniach.

• Lublin był namiętny?
– Na pewno nie był Lublinem, który nad łąką przysiadł. I jak mówią złośliwi, w tym przysiadzie trwa do dziś. Miał chwile intymności, poezji i uśpienia. W przepisach higienicznych obowiązujących w mieście znalazło się zarządzenie: Układaj się do snu najlepiej na prawym boku, trzymając ręce na kołdrze… Ale Lublin był bardzo gorącym miastem.

Rozmawiał Waldemar Sulisz

Na fotografii: Mira Zimińska i Franciszek Brodniewicz w filmie „Papa się żeni” w reżyserii Michała Waszyńskiego. Takie filmy oglądał Lublin w swoich kinoteatrach

Boska Ordonka z Lublina?

Boska Ordonka urodziła się w Lublinie. Mieszkała za Bramą Grodzką. Na bosaka latała po Podzamczu. I pewnie podzieliłaby los dziewcząt, co wieczorami stały na rogu Szambelańskiej lub Rybnej, gdyby nie dyrektor amatorskiego Teatru w Domu Żołnierza – napisał w autobiograficznej powieści Józef Łobodowski, pisarz związany z Lublinem.

Na lubelski ślad najsłynniejszej gwiazdy polskiego kabaretu i piosenki natrafił Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN. Jest przekonany, że rzetelny Łobodowski nie mógł wymyślić sobie historii o Ordonce.

O odkryciu Pietrasiewicza zawrzało w środowisku przewodników lubelskich. Poszukiwania rozpoczęła Marta Denys, współautorka przewodnika po Lublinie. – Klątwa czy co? Gdy sięgałam po książkę Józefa Wittlina w Bibliotece Łopacińskiego, by szukać lubelskich śladów Ordonki, złamałam nogę – mówi Denys. Dr Grażyna Jakimińska  nie kryje, że teza Łobodowskiego jest mocno kontrowersyjna. Ale coś musi być na rzeczy, bo w życiu sławnej gwiazdy Lublin pojawia się parokrotnie. Jak?

Tak naprawdę nazywała się Anna Maria Pietruszyńska. I według biografów urodziła się w Warszawie. W wieku 6 lat uczyła się w szkole baletowej. Występowała w warszawskim kabarecie Sfinks.
Skąd w takim razie znalazła się na deskach lubelskiego kabaretu „Czarny kot”? Oraz na scenie teatrzyku „Wesoły ul”? Wiemy także, że była częstym gościem w cukierni „Chmielewski”. Grała na deskach Teatru Osterwy. Słabość do Lublina? Co naprawdę łączyło panią Hankę z Lublinem to wybranie naszego miasta na samobójczą śmierć (jasne, że nieudaną). Stąd to uczesanie zakrywające bliznę po kuli na skroni. – Spotkałam się także z wersją, że ktoś strzelał do niej, gdy występowała na scenie któregoś z lubelskich teatrzyków – dodaje Jakimińska.

Jak widać, związki wielkiej gwiazdy – dla której teksty pisali Hemar, Lechoń i Tuwim – z Lublinem są mocno intrygujące. Czy da się udowodnić sensacyjną tezę Łobodowskiego, że Ordonka urodziła się w Lublinie? – Wymaga to żmudnych poszukiwań w archiwach. Sprawdzania, czy nazwisko Maria Pietruszyńska znajduje się w wykazach mieszkańców przedwojennego Lublina. A jeśli była Żydówką, to musiała się jeszcze inaczej nazywać – kończy Jakimińska.

Aktorski smak

Siedziałem ze Stasiem Mikulskim w „Stylowej” na Podzamczu. Nagle podchodzi zawiany gość: – Pan jesteś Kloss? Ja, mówi Staś. Chłopaki, wygrałem flaszkę – krzyczy gość. Widzisz, przeklęta sława, mówi Mikulski. To były czasy – opowiada Włodzimierz Wiszniewski, aktor Teatru Osterwy

Na lubelskiej scenie grał ze Stanisławem Mikulskim. – Staś był wielkim smakoszem. Dużo jadł. A jaką figurę miał! Jak siadaliśmy do kaczki, to mówił: Co to jedna kaczka dla nas dwóch. Potrafił sam jedną zjeść. Jak robiłem imieniny i koledzy wiedzieli, że wpadnie Staszek Mikulski, to żartowali, że trzeba szybko dobre rzeczy jeść, bo zaraz znikną ze stołu – opowiada Włodzimierz Wiszniewski.

Teatr od kuchni pulsował smakami, aromatami i rozmowami przy kieliszku mocno zmrożonej wódki. – Z Aleksandrem Aleksym wpadaliśmy na setkę i jajeczko do małej knajpeczki na Narutowicza. Zapraszał Aleksy. Zjedliśmy co trzeba, Aleksander mówił: To teraz zapłać – śmieje się Włodzimierz Wiszniewski.

Z rozczuleniem wspomina obiady u cioci Morowej na Krakowskim Przedmieściu. – Była niesamowita. Łączniczka Kedywu. Kiedy bezpieka wpadła do jej domu z zamiarem aresztowania, powiedziała, że jest służącą, wypiła z nimi litr spirytusu, ledwo wyszli na nogach. Jakie schabowe nam robiła, jaką wątróbkę. I to było naturalne jedzenie – dodaje Wiszniewski. Najlepsza kuchnia? – Jasne, że w „Europie”. Świetny forszmak w koszyczku z ciasta i zraz po węgiersku z kluseczkami. Takich zrazów już potem nigdy nie jadłem.

Ulubioną aktorską knajpą była restauracja „Śródmiejska” mieszcząca się przy ul. Narutowicza, tuż obok teatru. – Kupowaliśmy kaczkę czy gęś, zanosiliśmy do restauracji, kucharz nam przyrządzał – opowiada Włodzimierz Wysocki. Obok mieścił się barek, gdzie na stojącą można było napić się wódki. Barek miał wzięcie, aktorzy nazywali to miejsce „Klatką lwa”. – Bo jak siedzieliśmy w „Śródmiejskiej” to z klatki dochodziły ryki. Z małych knajp pamiętam lokal „Pod kaczuszką”, gdzie dawano dobry drób. Ale najbardziej kultowym miejscem była restauracja „Pod karasiem”. Mówiło się: Idziemy do pana magistra Karasia, do pana doktora Karasia, do pana mecenasa Karasia. Pan Karaś miał kilka ciepłych i serdecznych określeń. To była podrzędna speluna z atmosferą.

Foto. Stanisław Mikulski i Jan Machulski w sztuce „Montserrat”, archiwum Teatru Osterwy

 

Dwudziestolecie od kuchni

Przedwojenny Lublin, Zamość czy Kazimierz smakowały wyśmienicie. W lubelskiej „Europie” pracowali kucharze, którzy fachu uczyli się na dworze carskim, serwując zrazy po nelsońsku. W kazimierskiej restauracji Berensa podawano liny w śmietanie, które zamawiała Hanka Ordonówna. Na płonące naleśniki z ponczem wpadał Eugeniusz Bodo, a towarzyszyła mu czarnoskóra piękność kryjąca się pod pseudonimem Reri. W zamojskiej „Centralce” podawano raki, węgorze i kotlety po zamojsku. – Bywał tu Leśmian, wielki smakosz, który czasem zapomniał zapłacić rachunki – śmieje się Andrzej Urbański, dyrektor Muzeum Zamojskiego w Zamościu.

Lubelscy poeci i artyści często wyprawiali się do Kazimierza. Przodował w tym Józef Czechowicz, który włóczył się po miasteczku z aparatem w ręku. Ciągnęło go do willi „Łopuszanka” i do pani Łopuskiej, która była zapaloną spirystką. – Znajdowała się w stałym kontakcie z zaświatem. W jej mieszkaniu odbywały się seanse z udziałem znanych mediów i hipnotyzerów – wspomina Konrad Bielski.

Po seansach z wywoływaniem duchów artyści lądowali w restauracji hotelu „Berensa”. Choć w 1933 roku w Kazimierzu były trzy hotele, to Berens wygrywał znakomitą kuchnią opartą o ryby. W restauracji podawano węgorza z wody, z rusztu, po rybacku, w galarecie, marynowane i wędzone. Na ryby od Berensa przyjeżdżali artyści, wojskowi i politycy z całej Polski.

Na ciastka chodziło się w Lublinie do Chmielewskiego. W renomowanej cukierni podawano wyśmienite pączki i sękacze, które pakowano na wynos. Paczuszkę obwiązywano kolorowym sznurkiem, pod który wsuwano firmowe serwetki z napisem „Cukiernia Chmielewski”.

Musiał je zamawiać do domu Józef Czechowicz. – Poeta uwielbiał słodycze. Lubił małe pączki, które wówczas robiono na jeden kęs. Nie przepadał za wyrafinowanym jedzeniem, ale lubił sobie dogodzić na słodko. Przepadał za ciastkami, lubił nalewki i damskie wódki.