Inspiruje nas Wolność

Teatr Podręczny

Pojawia się i znika. Pojawia się w różnych punktach Starego Miasta. W Noc Kultury pojawił się z historią zainspirowaną tajemniczą kolekcją negatywów, znalezionych na strychu kamienicy Rynek 4.

Główne postacie to fotograf: Abram Zylberberg – oraz dwie sfotografowane dziewczynki. Historia, którą jedynie znamy ze znalezionych zdjęć ożyła w przestrzeni starego miasta gdzie, kiedyś przed wojną pracował fotograf – napisali na swojej stronie. Aktorzy pojawiają się z walizkami, żeby po chwili wypuścić niezwykłe marionetki na uliczki Starego Miasta. Wokół marionetek zaczyna gęstnieć tłum dzieci, ciekawych małych istot.

Niezwykłe marionetki, niezwykły teatr. Pojawia się i znika. Teatr Podręczny zapowiedział się na festiwalu. A dokładnie na Starym Mieście. Zapowiedział się, ale nie podał dnia ani godziny. Szukajcie marionetek od piątku 7 września do niedzieli 9 września 2018. Gdzie? Na ulicy Grodzkiej. A może na małej scenie stojącej przy kamienicy Sobieskich. Szukajcie, bo przynoszą szczęście.

Fot. Jacek Zaim

Poeta Czechowicz w 2 PI ER

Obok Leśmiana jest literackim bohaterem Europejskiego Festiwalu Smaku. W wierszu Prowincja Noc najpiękniej napisał o blaszanym koguciku. Poeta na najwyższym poziomie pojawi się w restauracji 2 PI ER, położonej na najwyższym poziomie budynku Lubelskiego Centrum Konferencyjnego. Poeta pojawi się także w innych punktach miasta.

na wieży furgotał blaszany kogucik
na drugiej zegar nucił
mur fal i chmur popękał
w złote okienka
gwiazdy lampy
lublin nad łąką przysiadł
sam był
i cisza

Amuse-bouche, czyli niewielkie danie o wielkim znaczeniu. Serwowane w restauracji przed pierwszą przystawką. Przedsmak. Wieczór z Panem Czechowiczem to przedsmak Europejskiego Festiwalu Smaku. Będą wiersze, opowieść o Lublinie Czechowicza i kolacja, którą poeta Czechowicz zjadł w knajpie Ojca Grudnia. W pamiętnikach czytamy, że poeta Czechowicz lubił zaspokoić głód po proletariacku. Kiełbasą na gorąco i siwuchą. – Rezerwacje proszę składać pod nr. tel +48 730 741 230. Ilość miejsc ograniczona. Będziemy czekać na Was w czwartek, 30 sierpnia o 20 – mówi Kuba Piętowski, szef kuchni restauracji 2 PI ER, który przyrządzi dla was kiełbasę po proletariacku.

Co  w programie? Na najwyższym poziomie Lubelskiego Centrum Konferencyjnego

Joanna Zętar z Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN podczas prezentacji multimedialnej zabierze Was w podróż po Lublinie Czechowicza.  Na przedwojennych zdjęciach zobaczycie, gdzie się urodził, gdzie mieściła się redakcja, w której pracował, gdzie czytał wiersze i gdzie jadał.

Dr Jarosław Cymerman, szef Muzeum Czechowicza w rozmowie z  dr hab. Aleksandrem Wójtowiczem, historykiem literatury, edytorem, adiunktem w Zakładzie Literatury XX i XXI wieku Instytutu Filologii Polskiej UMCS, sekretarzem redakcji „Artes Humanae” – na historycznej kanapie przeniosą się do zakładu gastronomicznego Ojca Grudnia. Będą wiersze, anegdoty, ciekawostki poety na najwyższym poziomie.

Szef Kuba Piętowski zadba o posiłek. Będziecie mogli zaspokoić głód „Po proletariacku. Kiełbasą i siwuchą” (ulubione danie Czechowicza). Na deser będą ukochane ciasteczka poety.

Zaspokoić głód po proletariacku

Być może to właśnie o „knajpie ojca Grudnia” wspominał Feliks Araszkiewicz, opisując jedno ze spotkań z Czechowiczem: Zaciągnęliśmy go [Czechowicza] kiedyś do nowo reaktywowanego Związku Literatów Lubelskich, na jeden z „wieczorów czwartkowych”, które co tydzień w ciasnych, lecz przytulnych salkach Muzeum [przy ul. Narutowicza 4, obecna Biblioteka im. H. Łopacińskiego] gromadziły miłośników poezji i literatury pięknej. Ktoś mówił o twórczości Czechowicza, potem czytano jego wiersze, bo sam nie chciał, był jakiś smutny, kwaśny. Po skończonym wieczorze poszliśmy do pobliskiej podrzędnej restauracyjki. Byliśmy głodni, zaspokoiliśmy głód po proletariacku, siwuchą i kiełbasą.

„Knajpa ojca Grudnia” – ile cycków?

Był to legendarny w życiu lubelskiej cyganerii lokal potocznie zwany też knajpą „Pod siedmioma cyckami”. Józef Łobodowski: Na ul. Narutowicza mieścił się zakład Jana Grudzińskiego, alias ojca Grudnia, cieszył się swoistym powodzeniem w tej części miasta. Niektórzy woleli ordynarną nazwę: knajpa „Pod siedmioma cyckami”.
Przed pierwszą wojną światową mieściła się tu żydowska restauracja. Wieść gminna głosiła, że w czasie odwrotu armii rosyjskiej Kozacy Dońscy zgwałcili cztery córki restauratora, a jednej z nich ucięli po pijanemu pierś. Stąd malownicza nazwa, jednakże w owych czasach była rzadko używana. Najczęściej mówiło się: idziemy do ojca Grudnia albo jeszcze prościej do Grudnia. […]
Wtajemniczeni twierdzili, że w młodości Grudzień był nożowcem i włamywaczem. Po ożenku wynajął lokal, stojący pusty od wybuchu wojny. […] Młodsze pokolenie przestępcze traktowało go z szacunkiem PER panie Grudziński a co zaufani klienci mówili panie Grudzień, ale tych drugich było niewielu gdyż stary knajpiarz miał swój ambit i mało kogo dopuszczał do komitywy. […]
Właściwie była to piwiarnia bez prawa wyszynku wódki, ponieważ Grudzień nie chciał płacić wysokich podatków. Odpuszczał więc wyborową i policyjną tylko zaufanym, podając ją w maszynce do kawy. Piło się zatem filiżankami, mając zawsze baczenie na drzwi, czy nie wejdzie glina. Z policją Grudzień utrzymywał dobre stosunki, ale zawsze istniała możliwość, że zajrzy któryś z niewtajemniczonych i narobi rabanu. […]

Poza dużą salą z szynkwasem, lokal składał się z kuchni i dwóch pokoi. W jednym z nich stał bilard z grzybkiem, w drugim, o osobliwym wejściu z podwórka, stary, dobrze sfatygowany tapczan. […] Gdyby ta oto kanapa – mawiał ojciec Grudzień – umiała mówić to by takie rzeczy opowiedziała, że ludziom włosy na głowach by stawały. Kto się tylko na niej nie przewracał!! Bywały i mężatki z inteligencji. A mnie co?! Ja jestem człowiek dyskretny. Przychodzą, płacą… udaję, że nic nie widzę. Tu jedna pani inżynierowa… – tu przymrużał opłynięte tłuszczem oko – at, czy to ona jedna. Ale dla mnie dyskrecja przede wszystkim! Jeszcze jedna maszynka czarnej wyborowej… […]

Towarzystwo w knajpie było zawsze mieszane. Dziewczęta wątpliwej reputacji, dorożkarze, policjanci, złodziejaszki i nożowcy, ale również spokojni robociarze i rzemieślnicy z sąsiednich domów. Zaglądali pracownicy z pobliskiej fabryki likierów Vettera mieszczącej się na ul. Bernardyńskiej. W lokalu do awantur prawie nigdy nie dochodziło. Mimo dobrze zaawansowanej astmy, Grudzień zachował straszliwą siłę w obu rękach i winnego zaburzenia porządku wystawiał w trybie doraźnym na ulicę. Na rozrabianie odważał się chyba tylko nowy gość, nie znający ojca Grudnia i niepisanego regulaminu knajpy. Grudzień stale podkreślał, że do niego przychodzą takie panowie, jakich by i Europa i Oaza mogły pozazdrościć. Redaktorzy, artyści, nawet takie co przez radio przemawiają! Nieraz, gdy po kilku mieszankach czterdziestopięcio procentowej kawy rozochocił się odpowiednio, wyrzucał resztę gości i ryglował drzwi od wewnątrz wołając teraz pan Grudzień pije z literatami!

(Ośrodek Brama Grodzka Teatr NN)

Fotografia: Irek Pilipczuk, twórca słynnego drinka „Wściekły Ireneusz”

 

Taxi Radio Festival

3 tony masy, karoseria z dwuwarstwowej stali i „niezniszczalne” opony. Czyli legendarne BMW. To tylko jedno z wypasionych aut, którymi swych klientów wozi Taxi Radio MPT Lublin. Nasi goście będą bezpiecznie podróżować po Lublinie, wykręcając numer: (81 191 91).

To właśnie Taxi Radio będziemy polecać Gościom Europejskiego Festiwalu Smaku. To obecnie jedna z większych firm taksówkowych w Lublinie. Ale liczy się doświadczenie. Za firmą stoi ponad 50-letnia tradycja korporacji taksówkowej. Firma zapewnia swoim Pasażerom najwyższej jakości usługi obejmujące zarówno transport osób i bagaży jak i szereg usług dodatkowych. – Z  naszych usług korzystają najlepsze hotele w Lublinie, wozimy Gości z całego świata – mówi Patryk Niezbecki, wiceprezes firmy.

Taxi Radio MPT Lublin przewiezie na festiwalu zespół Lao che, brytyjską wokalistę Katy Carr, Kaję Mianowaną, która w bazylice Dominikanów zaśpiewa Pieśni Sefardyjskie, wybitnego pisarza Andrzeja Stasiuka, ukraiński zespół Haydamaky i Zuzę Zak z Wielkiej Brytanii, kulinarną gwiazdę festiwalu.

 

Smak tanga

Po raz pierwszy do strefy sztuki na Europejskim Festiwalu Smaku dołącza taniec. Wzbogaci pokaz mody, w którym gwiazdy polskich seriali zaprezentują ubrania odwołujące się do międzywojennej elegancji.

Za sprawą Akademii Tanga Argentyńskiego, stowarzyszenia zajmującego się prezentowaniem i propagowaniem tradycji i kultury tanga argentyńskiego i polskiego poznacie smak tanga. Będzie żywiołowo i nastrojowo. W niezwykłym spektaklu pojawią się wszystkie smaki tanga, w tym tanga Milonga, śpiewanego przez Mieczysława Foga. – Nie ma jednego tanga, jak nie ma dwóch takich samych tancerzy. Tango to nie są kroki. To myśl, którą tańczysz. Do tanga się dojrzewa. Jest jak kultura wina czy herbaty. Tango jest estetyką ciszy. Wspólnym milczeniem. Wspólną próbą, żeby tę jedyną chwilę razem przetańczyć jak najuważniej, jak najpiękniej, jak najlepiej – pisze Magdalena Rybak z Pracowni Słowa.

Niezwykły spektakl pozwoli przenieść się w czas Dwudziestolecia Międzywojennego. Zamknijcie oczy. Jesteście w kabarecie „Czarny Kot”, orkiestra gra Tango milonga.

Tango milonga

Tango milonga, tango mych marzeń i snów,
Niechaj me serce ukołysze!
Tango milonga jak dawniej grajcie mi znów,
Zabijcie tę dręczącą ciszę!
Żegnajcie, dawne wspomnienia,
Żegnajcie, burze i serc uniesienia,
Czas wszystko odmienia,
Kochanko ma, żegnam Cię, wspomnij mnie!
Tango milonga, tango mych marzeń i snów,
Niechaj ostatni raz usłyszę…

Good Chef 2018 Nominacje

9 zawodników do tegorocznej edycji nominowali Maestro Jena Bos, wieloletni szef kuchni na dworze króla Belgii, Waldemar Sulisz, dyrektor festiwalu oraz Andrzej Rudziński, sędzia techniczny. Oto 9 wspaniałych.

Mateusz Ciołko, Perłowa Pijalnia Piwa

Szef kuchni w Perłowej Pijalni Piwa. Cechuje go doskonała znajomość kuchni regionalnej. Zafascynowany filozofią ruchu slow food, na talerzu maluje pejzaże. W konkursie może mocno namieszać. Potrafi twórczo łączyć składniki. Nie boi się połączeń nietypowych. Specjalista od tak modnych kiszonek. Na przykład kisi młode pędy rzepaku.

Artur Góra, BelEtage IBB Grand Hotel Lublinianka

Najbardziej doświadczony kucharz z całej dziewiątki. Jest szefem kuchni w restauarcji BelEtage w IBB Grand Hotel Lublinianka. Uczeń Lucjana Klaczyńskiego z dawnego hotelu Unia. Skromny, zakochany w ziołach. Jak nie stoi przy palnikach w kuchni, dogląda ogródka. Poszukuje przepisów z czasów przedwojennego Grand Hotelu. Zna dobrze kuchnię europejską.

Piotr Huszcz, Hotel Piano

Szef kuchni w Hotelu Piano. Bardzo dobrze gotuje. Jego konikiem są świeże i sezonowe produkty najwyższego gatunku. Oraz kuchnia regionalna. Ostatnio wpadł na pomysł, żeby objechać cały region i zebrać tradycyjne przepisy z każdego powiatu. Kreatywnie je przetwarza i prezentuje w cyklu spotkań „Ocalić od zapomnienia”. Bardzo zdolny, niecierpliwy w poszukiwaniach ostatecznego smaku.

Ireneusz Michaluk, Bombardino

Szef kuchni Bombardino w Lublinie. Długo pracował we włoskich restauracjach. Specjalista od makaronów i polskiej kuchni. Znakomicie przyrządza animelkę (grasicę cielęcą). Intrygują go staropolskie zupy i czas, w którym Polacy byli mistrzami w ich wykonaniu. Gotuje perfekcyjną zupę rumianą. Oraz prawdziwy, wiejski rosół. Otwarty i uśmiechnięty, dobrze współpracuje z zespołem na kuchni.

Marcin Nieznaj, Hampton by Hilton Lublin

Specjalista od ryb. Gotuje śpiewająco. Skromny. Z dużą wiedzą. Lubi kulinarne poszukiwania. Ma wieki szacunek do tradycyjnej polskiej i lubelskiej kuchni. Jeden z najlepszych kucharzy po prawej stronie Wisły. Na festiwalu nakarmi serialowych aktorów podczas „Kolacji z Gwiazdami. Na przykład Sławomirę Łozińską. Z aktorami do kolacji w Hiltonie zasiądą ci, którzy wykupią specjalne zaproszenia. Na kolacji Marcin zaprezentuje tradycyjną, lubelską kuchnię w światowym wydaniu.

Dorota Otachel, Old Pub

Jedyna kobieta, która może wykosić męską konkurencję w konkursie. Jak ugotowała pielmieni na Europejskim Festiwalu Smaku, to Robert Makłowicz publicznie przed Dorotą ukląkł. Gotuje fantastyczny rosół z pielmieni, przyrządza najlepsze steki w mieście. Robi piekielnie dobre rydze i jagnięcinę. W jej restauracji (jest szefową kuchni i właścicielką) rodzine receptury spotykają się z nowoczesną techniką.

Kamil Piesta, The Olive Hotel Ilan

Bardzo zdolny kucharz, szef kuchni w restauarcji The Olive mieszczącej się w Hotelu Ilan. Miejsce zobowiązuje. Ilan ma gości z całego świata i Kamil musi gotować z klasą. Bardzo ciekawie interpretuje słynne dania kuchni żydowskiej. Jego czulent nie ma sobie równych. A mostek cielęcy faszerowany to poezja. Dania zachwycają urodą na talerzu. I wybornym smakiem. Kamil ceni także tradycyjne techniki gotowania. Gęś z pieca konwekcyjnego jest w porządku, ale z gęsiarki 100 razy lepsza.

Kuba Piętowski, 2 PI ER

Młody, zdolny, pracowity. Jego konikiem są dania z mięsa świnki rasy puławskiej. Kuba podaje fantastyczny salceson i schabowy z kostką. W karcie ma słynną cebulową zupę z Goraja, wpisaną na Listę Produktów Tradycyjnych. Ceni także ryby z Pustelni. Robi wspaniałe pierogi z karpiem i kaszankę z wędzonej ryby. Nie boi się ekstremalnych połączeń. Potrafi podać sernik z bryndzy i świńskie ucho w postaci smakowitych chipsów.

Karol Zając, Ego Hotel Alter

Młody, bardzo pozytywny. Zna się na rzeczy. W kuchni sam wyrabia sery i podaje je w różnych konfiguracjach. Serwuje taki zestaw na przystawkę: Ravioli nadziewane confit z kurczaka, kurki, oliwa truflowa, sos śmietanowy na białym winie, szpinak. Mistrz dań głównych. Nam najbardziej smakuje taki zestaw: Gicz cielęca w otoku wieprzowym, purée z zielonego groszku, marchewka, czarna soczewica, pietruszka glazurowana, sos cielęcy. Coś pięknego. W jego kuchni pracowni powstają nieziemskie desery.

Kto wybierze Good Chefa?

Jean Bos, kordynator konkursu wciąż winduje poziom jurorów. Nie ukrywa, że chciałby doprowadzić do sytuacji, kiedy będzie to najważniejszy konkurs w kraju. W tym roku Jean do jury zaprosił Wolfganga P. Menge, bardzo doświadczonego kucharza z Niemiec i Prezydenta „Euro-Toques Deutschland“. Pracę szefów oceni także Marek Rybacki, w branży prawie 30 lat. Jest prezesem Euro-Toques Polska. Przewodniczącym komisji jest Marcin Soból. Pierwsze kroki w gastronomi stawiał w Domu Restauracyjnym Gessler na rynku Starego Miasta w Warszawie. Kucharz pełen pasji i inspiracji, potrawy doprawia szczyptą serca. Sędzią technicznym jest Andrzej Rudziński, wychowawca najlepszych młodych kucharzy w Polsce.

Na fotografii Piotr Wójcik, pierwszy Good Chef, zwycięzca konkursu w 2016 roku

Bajka o królewnie

Stacja Teatr z Konopnicy pokaże na festiwalu bajkę o królewnie, co za dużo ciuchów miała. Bajkę dla dzieci małych i dużych.

Przed Ratuszem zobaczycie przewrotną bajkę Grzegorza Reszki Kop-ciuszek. Czyli „bajkę o królewnie co za dużo ciuchów miała”. Tekst sztuki autorstwa debiutanta Grzegorza Reszki, ucznia dramatopisarza Macieja Wojtyszki powstał na podstawie znanego wszystkim „Kopciuszka”. Stacja Teatr przedstawia dalsze losy bohaterki. Ten moment, kiedy król zbankrutował i nie ma już pieniędzy na kupowanie królewnie sukienek. Są ciuchy, jest zabawa. Co dzieje się, kiedy kasa się kończy?

Pamiętacie festiwalowy „Opis Obyczajów” przed rozświetlonym budynkiem Centrum Spotkania Kultur? Teatr z Konopnicy podbił serca widzów. Aktualnie Stacja Teatr pracuje nad „Scenami z Wesela Wyspiańskiego”. Reżyseruje znakomity aktor Michał Zgiet, któremu asystuje i aktorów ubiera Małgorzata Sulisz.

Diorama przed Bramą

W sobotę 8 września o poranku drużyna piechoty polskiej, walcząca z bolszewiami na Lubelszczyźnie rozbije biwak przez Bramą Krakowską. Fantastyczna Dioram wzbogaca program festiwalu i doskonale wpisuje się w obchody 100 lecia odzyskania niepodległości.

Diorama „Projektu Wojsko Polskie 1918 – 1921” przedstawiać będzie biwak drużyny piechoty polskiej z okresu walk z bolszewikami na Lubelszczyźnie. Zwiedzający zobaczyć będą mogli umundurowanie, wyposażenie i uzbrojenie żołnierzy polskich oraz jak wyglądały codzienne czynności na tyłach frontu, odpoczynek przy epokowym namiocie, gotowanie, czyszczenie broni, musztra wojskowa – mówi Robert Żuchnik z Biura Promocji Promedia.

Zajrzyjmy do kart historii. – Bitwa Warszawska to doskonale przeprowadzona operacja militarna. Pod względem strategicznym ta bitwa zadecydowała o zwycięstwie w całej wojnie. Choć muszę przyznać, że trochę po macoszemu traktuje się walki, jakie miały miejsce na Lubelszczyźnie. Były one równie ważne – mówi w wywiadzie dla Dziennika Wschodniego Piotr Krukowski, kierownik Działu Militariów Muzeum Lubelskiego i doktorantem w Instytucie Historii UMCS.

Dlaczego to, co zdarzyło się na naszej ziemi jest tak ważne? – Sierpień 1920 roku był momentem kulminacyjnym całej wojny. Kontrofensywa wojsk dowodzonych przez Józefa Piłsudskiego znad Wieprza oraz działania na terenie Lubelszczyzny były decydujące. Wojsko polskie przejęło wtedy inicjatywę i to skutkowało podpisaniem porozumienia ryskiego w marcu 1921 roku – tłumaczy Krukowski.

Przygoda przed Bramą Krakowską będzie miała kulinarną kontynuację na Jarmarku Inspiracji. Przy Trybunale Koronnym stanie kuchnia polowa, która będzie wydawać żołnierską strawę. Tam też może pojawić się Józef Piłsudski ze swoją świtą.

 

 

Spacer po ulicy Szerokiej

Wejście do nieistniejącego świata. Była taka ulica w Lublinie, istniała jeszcze siedemdziesiąt lat temu i każdy lublinianin wiedział, gdzie ona się znajduje i kto na niej mieszkał. Gdybyśmy dzisiaj zapytali przeciętnego mieszkańca Lublina, gdzie była ulica Szeroka lub z czym kojarzy się ludziom ta nazwa, nieliczni pewnie wskazaliby lokalizację, gdzieś na Podzamczu, inni wspomnieliby o kawiarni i restauracji mieszczącej się przy ul. Grodzkiej. Większość ludzi prawdopodobnie nie skojarzyłaby tej nazwy z żadnym miejscem w Lublinie.

Serce miasta

Była taka ulica w Lublinie, istniała jeszcze siedemdziesiąt lat temu i każdy lublinianin wiedział, gdzie ona się znajduje i kto na niej mieszkał. Nie znaczy to, że każdy lublinianin z okresu przedwojennego na Szerokiej był. Dla wielu osób była to terra incognito, miejsce, do którego można było dojść z Krakowskiego Przedmieścia w zaledwie dziesięć minut, a kulturowo tak oddalone od eleganckiego Lublina, jakby to były jakieś zamorskie kraje. Ulica Szeroka była sercem żydowskiego Lublina od najdawniejszych czasów, kiedy w Lublinie osiedlili się w XV w. Żydzi. Z pewnością była już wytyczona w XVI w., bo wspominają o niej ówczesne dokumenty. Nosiła wówczas inną nazwę – ulica Żydowska – Platea Judeorum. Kiedy pojawiła się nazwa Szeroka, tego nie wiadomo. Z pewnością oficjalnie funkcjonowała już na początku XIX wieku. Nieoficjalnie ulica Żydowska przetrwała aż do czasów II wojny światowej, ponieważ Żydzi nazywali Szeroką w języku jidysz – a Jidn gas, właśnie ulica Żydowska. Podobnie zresztą jak żydowską nazwę miała Brama Grodzka – a Jidisze Brum – Brama Żydowska. Tej nazwy używali przed wojną nawet Polacy zamieszkujący Lublin. szeroka2 Tu mieszkał założyciel lubelskiej jesziwy Nie wiemy, jak wyglądała Szeroka w okresie staropolskim. Można jedynie domyślać się, że przeważała na niej drewniana zabudowa, wśród której spotykało się większe, murowane domy należące do lubelskich bogaczy. Od początku XVI w. ulica ta stała się sercem dzielnicy żydowskiej w Lublinie i głównym miejscem ich zamieszkania, ponieważ w mieście obowiązywał przywilej de non tolerandis Judaeis, zakazujący Żydom osiedlania się w obrębie dzisiejszego Starego Miasta aż do 1862 r. Wokół Szerokiej zaczęły pojawia się kolejne ulice, w miarę rozrastania się liczby ludności żydowskiej w Lublinie.

Mniej więcej z tego samego okresu pochodziła też ulica Jateczna, gdzie kahał lubelski wybudował Wielką Synagogę, zwaną Synagogą Maharszala. Tam też funkcjonowała pierwsza jesziwa lubelska. Z drugiej strony wzgórza zamkowego, w II połowie XVI w. zaczęła rozwijać się ul. Podzamcze. Mniej więcej w tym okresie gdzieś na Szerokiej mieszkał słynny rabin i twórca pierwszej lubelskiej jesziwy Szalom Szachna. Od 1559 r. funkcjonowała tu drukarnia ksiąg hebrajskich należąca do Chaima syna Izaaka i Anny córki Józefa. W kilkanaście lat później przy Szerokiej powstaje kolejna drukarnia hebrajska należąca do Kalonymusa syna Mordechaja. W którejś z tych drukarni wydano najsłynniejszą książkę, cieszącą się do dzisiaj uznaniem wśród religijnych kobiet żydowskich „Cene urene” – modlitewnik dla kobiet spisany w języku jidysz, który wszedł do kanonu literatury żydowskiej. Od pierwszego wydania, które pojawiło się w I połowie XVII w. do dzisiaj ukazało się 250 kolejnych. Nie brakowało synagog Wielka Synagoga stała poza ulicą Szeroką, która prawdopodobnie w XVI w. była na tyle gęsto zabudowana, że nie było już miejsca na tak obszerną budowlę. Jednak i na Szerokiej nie brakowało synagog. Jedną z najstarszych była synagoga Hirsza Doktorowicza, powstała w 1638 r. i mieszcząca się w kamienicy Szeroka nr 2. Pod numerem 3 funkcjonowała niewielka Synagoga Urzędników Handlowych. W okresie późniejszym, aż do czasów II wojny światowej nazywano ją Synagogą Kotlarską. Już w wieku XVIII powstały jeszcze synagoga Abrahama Heilperna, ostatniego marszałka Sejmu Czterech Ziem (Szeroka 44). Wreszcie Szeroka 28 – centrum lubelskiego i polskiego chasydyzmu, dom Jakowa Icchaka Horowitza-Szternfelda, zwanego „Widzącym z Lublina”. Prawdopodobnie na przełomie XVIII i XIX w. powstała tu pierwsza bóżnica chasydzka w Lublinie, która zaraz po śmierci „Widzącego” przeszła pod administrację lubelskiej gminy żydowskiej. W połowie XIX w. powstała pod numerem 40 kolejna bożnica chasydzka, założona przez Judę Lejba Eigera, twórcę chasydzkiej dynastii lubelskiej. Dynastia ta, prawie całkowicie dzisiaj zapomniana, wymaga odrębnego tekstu. Nie były to bynajmniej jedyne miejsca przy tej ulicy, gdzie Żydzi lubelscy przychodzili na modlitwę.

Wspomnieliśmy o Sejmie Czterech Ziem, instytucji unikalnej na skalę całej Europy. Była to główna reprezentacja polityczna, fiskalna, kulturowa i religijna Żydów Rzeczypospolitej. Decydowała o wysokości podatków odprowadzanych z kahałów na dwór królewski, ale także dyskutowała, jak reagować na wydarzenia polityczne. W kwestiach religijnych była wyrocznią dla wszystkich gmin żydowskich w Europie. Dawni historycy wskazywali, że miejscem obrad lubelskiego Waadu (hebrajska nazwa tej instytucji brzmiała Waad Arba Aracot) był dom przy ul. Szerokiej 19. Wojna i pożar Szeroka poprzez wieki zmieniała swoje oblicze. W 1655 r. została całkowicie zniszczona przez wojska kozacko-moskiewskie, podobnie jak całe Podzamcze i wszystkie przedmieścia lubelskie. Prawdopodobnie padła też ofiarą pożaru miasta w 1719 r., co można zobaczyć dzisiaj na słynnym obrazie wiszącym w bazylice ojców Dominikanów. Domy z ulicy Szerokiej, które znamy z fotografii i pocztówek pochodzących z początków XX w., nie były starsze niż 200-250 lat. To właśnie wtedy ulicę tą zdominowały dwu i trzypiętrowe kamienice, które w ciągu lat dodatkowo obrastały od strony podwórek różnymi przybudówkami. Miejsca w Mieście Żydowskim było mało, a mieszkańców z każdym rokiem przybywało. Gdzieś ci ludzie musieli się pomieścić, skoro zabraniano im na osiedlenie się między chrześcijanami.

Rzeczywiście była szeroka

Niewątpliwie Szeroka była najbardziej reprezentacyjną ulicą tej dzielnicy. Jak wspominają przedwojenni lublinianie, rzeczywiście była szeroka i przede wszystkim zatłoczona. Było to centrum handlowe w tej części Lublina i przedłużenie traktu handlowego przebiegającego przez Starem Miasto w stronę ulicy Ruskiej, skąd drogi prowadziły już na Ruś i Litwę. Do 1862 r. przy Szerokiej funkcjonowały największe żydowskie sklepy i tu mieszkali najzamożniejsi Żydzi. Jednak życie toczyło się też na ulicy, gdzie nie brakowało drobnych handlarzy. W XIX-wiecznej prasie lubelskiej można znaleźć informacje, jak trudno było „turyście miejskiemu” przejść przez zatłoczoną Szeroką, gdzie na chodnikach był tłum sprzedawców i klientów, a na samej ulicy mnóstwo wozów. Przy tym była to ulica, na której słyszało się przeważnie język jidysz. Po 1862 r. Szeroka zaczęła się degradować. Najzamożniejsi Żydzi lubelscy zaczęli przenosić się na Stare Miasto i na Krakowskie Przedmieście. Przenosili ze sobą też firmy. Szeroka ubożała. Nadal funkcjonowały tu sklepy i zakłady rzemieślnicze, ale przeważnie niższej klasy. Na wysokości dzisiejszych schodów prowadzących z Placu Zamkowego na ul. Grodzką na tzw. Psiej Górce (tych psich górek Lublin miał więcej) istniał targ tandetą. Sprzedawano tu używaną odzież i obuwie, ale codziennie też siadywały przy tym targowisku żydowskie handlarki, u których można było kupić makagigi, gorący groch oraz zapomniany przysmak, typowy tylko dla Lublina i okolic – bubelach, babki wypiekane z mąki gryczanej, jedzone na ciepło z masłem (eksperymenty nad przywróceniem tej potrawy trwają). Szarość Zupełnie zubożała Szeroka po I wojnie światowej. Nieremontowane kamienice coraz bardziej szarzały, coraz więcej było tu biedoty żydowskiej, również takiej napływowej z prowincji, liczącej na lepszy chleb w wojewódzkim Lublinie. Nadal ulica ta zachowała swój religijny charakter. W szabaty i wielkie święta żydowskie przybierała elegancki charakter z dominacją chasydów, odwiedzających swojego rebego przy Szerokiej 40. Szeroka 28 nie była żadnym magicznym miejscem – jeszcze jedna bóżnica w dzielnicy żydowskiej, którą określano „dla modlących się w biegu”. Tu zawsze był minian – dziesięciu dorosłych mężczyzn gotowych do modlitwy. W tej samej kamienicy funkcjonowała także jedna z wielu żydowskich piekarni. Jednak codzienność na Szerokiej była szara. Domy nie były skanalizowane. W podwórkach kipiały od nieczystości wspólne ustępy. Po ostatniej wielkiej epidemii cholery, która nawiedziła Lublin w 1892 r. i dzięki której miasto otrzymało nowoczesną kanalizację, Szeroka zyskała jedynie dwie studnie. Wodę w nich kupowało się na wiadra jeszcze w okresie międzywojennym. Jedna z tych studni przetrwała do dzisiaj – jedyny ślad po ulicy Szerokiej. Stoi samotnie przy palcu manewrowym dworca PKS. Wiele kamienic nie miało elektryczności. Ale nawet do tego siedliska ubogich zaczęła wkraczać w okresie międzywojennym nowoczesność. Obok bóżnic i domów modlitwy zakładano siedziby związków zawodowych i partii politycznych, gdzie toczono burzliwe dyskusje o wyższości syjonizmu nad komunizmem lub odwrotnie. Szeroką paradowały także pochody organizacji żydowskich. Był to fragment Lublina, który wielu chrześcijańskim mieszkańcom miasta w ogóle nie był znany – lubelska terra incognita. Wielu chrześcijańskich lublinian na Szerokiej prawie nigdy nie było. Podobnie, jak wielu żydowskich mieszkańców Szerokiej rzadko zapuszczało się na Krakowskie Przedmieście. Dwa światy, które żyły obok siebie, ale wydawało się przez setki lat, że żyć bez swojego sąsiedztwa nie mogą. Okazało się jednak , że można żyć po amputacji fizycznej obecności i pamięci.

Getto

W czasie II wojny światowej Szeroka stała się centralną ulicą getta lubelskiego, utworzonego w marcu 1941 r. przez Niemców. Jednak jej handlowy charakter został w tych zmienionych warunkach przeniesiony na Furmańską i Cyruliczą, które były bliżej tzw. aryjskiej strony. Sklepy i warsztaty, a także strychy na Szerokiej zamieniły się w mieszkania, gdzie gnieździło się po 7-8 osób na izbę, przeważnie tych Żydów, którzy zostali tu wysiedleni z innych części miasta lub nawet spoza Lublina. W marcu 1942 r. zdecydowaną większość mieszkańców Szerokiej Niemcy deportowali do obozu zagłady w Bełżcu. Ta gwarna niegdyś ulica, całkowicie opustoszała. Jest taka fotografia z lata 1942 r. – domy jeszcze stoją, w niektórych z nich pootwierane okna, tyle że nie ma już ludzi. Jeszcze późną wiosną 1942 r. próbowano zasiedlać Szeroką Polakami. Ci natomiast bardziej byli zainteresowani szabrem wszystkiego, co dało się wynieść, łącznie z framugami okiennymi i fajerkami z kuchni. Od lata 1942 r. zapadła decyzja o wyburzeniu najstarszej części dzielnicy żydowskiej, na czele z ulicą Szeroką. W tym celu przyprowadzano więźniów obozu koncentracyjnego na Majdanku, wśród których byli też dawni mieszkańcy tej ulicy. Rozbierano dom po domu tak, że nie pozostawały po nich żadne ślady.

Plac Zamkowy

W 1944 r. Szeroka była jedynie jezdnią pomiędzy dwoma zwaliskami gruzu. Zniszczenia pozostałości dopełniły prace budowlane z lat 1953-1954, gdy tworzono tu Plac Zebrań Ludowych z okazji X-lecia PRL (dzisiejszy Plac Zamkowy). Część piwnic i fundamentów wysadzano w powietrze. Prac archeologicznych nikt, oczywiście nie prowadził. Zanikała też pamięć o ulicy Szerokiej, chociaż czasami miejsce to daje nam o sobie znać. Tak było chociażby, gdy ktoś niefortunnie wpadł na pomysł, żeby na miejscu dawnej Szerokiej postawić kolejny pomnik ku czci Zaporczyków. Odkryto wtedy piwnice dawnego domu, a w nich znaleziono resztki pozostałości po dawnym świecie – jakieś zawiasy, fragmenty naczyń. Ostatnie ślady po zamordowanej cywilizacji, można powiedzieć – pozostałości lubelskiej Atlantydy. Dzisiaj niestety znów zasłonięte pomnikiem. O Szerokiej przypomina jedynie studzienka, kamień pamiątkowy u podnóża zamku oraz tablica ku czci „Widzącego”. Jest jeszcze nowa kamienica, wybudowana w 1954 r. Jej kształt – budynek z mansardą, który jest czterokrotnie powtórzony w ciągu zabudowy wokół Placu Zamkowego, ma przypominać charakterystyczny dom z mansardą z ulicy Szerokiej, widoczny na wielu zdjęciach sprzed wojny, okresu okupacji nazistowskiej oraz wyburzania tej ulicy. Kto nie wie, ten się nie domyśli, a był to specjalny zamysł autora, by został chociaż jakiś slad po ulicy Szerokiej. Nie wydaje się jednak by był to nadmiar pamięci o miejscu, które bezpowrotnie minęło oraz o jego mieszkańcach.

Robert Kuwałek

Fot. Archiwum Ośrodka Brama Grodzka Teat rNN

Bajgle i makagigi

Tak wspominała Lublin Julia Hartwig. – Zgiełk, gwar, tłok. Z żydowskiej piekarni dolatuje zapach świeżego chleba i placków z cebulą, w dni szabasu w oknach zapalają się świece. Kochałam ulicę Lubartowską i targ na Świętoduskiej. Pamiętam sodówkę z sokiem malinowym i sprzedawców dywanów o egzotycznej urodzie – mówiła znakomita poetka.

– Najwspanialszą rzeczą na świecie w dzieciństwie były bajgle. To były takie obwarzanki, których smaku się nie zapomni. Parę lat przed wojną moim obowiązkiem była wędrówka w niedzielę rano na Wieniawę do piekarni. Ta piekarnia była żydowska i mieściła się jeszcze przy Al. Długosza. Chodziłam do piekarni po taką wspaniałą bułkę, którą jedliśmy na śniadanie w niedzielę. Ona była wyjmowana przez tego piekarza Żyda prosto z pieca i dlatego się szło w niedzielę, żeby była świeżutka. Żydzi jak wiadomo mają swoje święto w soboty, więc w niedzielę pracowali i piekli normalnie – czytamy we wspomnieniach Teresy Szmigielskiej na stronach Ośrodka Brama Grodzka – Teatr NN.

Żydzi wypiekali także słynne cebularze, sprzedawano je wprost z wiklinowych koszy, noszonych przez handlarzy na ramionach. – Na przykład te cebularze, co są w tej chwili, to ja zawsze mówię, że takich cebularzy to dla mnie to nie jest cebularz. Ja jadłem przed wojną cebularze, to cebularz był taki duży i on był tutaj podziurawiony w środku. Podziurawiony chyba nożem, posypany tą cebulą. Ale w tym miejscu, gdzie był podziurawiony, on w ogóle nie wyrastał i był cienki i chrupiący, a tylko obrzeże było wyrośnięte. Jak się takiego cebularza posmarowało masełkiem to pycha. A dzisiaj to jest taki „klajster”. To nie są cebularze. Nie wiem, dlaczego nie dziurawią, żeby ten cebularz był tak jak przed wojną, a tam takie były – wspominał Waldemar Greszta.

Chyba największym powodzeniem mieszkańców Lublina cieszył się bubelach. Była to babka gryczana pieczona w małych foremkach. Żydówki sprzedawały je gorące, posmarowane masłem. Podobnie jak gotowany groch z żeliwnego garnka, który długo trzymał ciepło. Wielkim przysmakiem były także kiszone jabłka.
W żydowskich sklepikach można było dostać orientalne słodycze, w tym makagigi. – To kwadraciki z maku, nie wiem czym to tylko sklejone było, takie twarde. Dopiero w ustach się rozpuszczało – wspomina Greszta.

W latach dwudziestych Lublin słynął także ze znakomitych sklepów wędliniarskich. – Życińskiego przy ul. Świętoduskiej, Suchodoła, Zduńskiego i Kaczyńskiego przy ul. Narutowicza, która do 1928 roku nazywała się Namiestnikowska – wymienia Marta Denys w książce „Lublin między wojnami”. Ciekawe, że w tamtych szalonych latach można było kupić znakomite sery żółte szwajcarskie i litewskie.

(Fotografia, archiwum Ośrodka Brama Grodzka Teatr NN)

Namiętny Lublin

Rozmowa z Martą Denys, autorką książki „Lublin między wojnami. Opowieść o życiu miasta 1918-1939”.

• Książka skończona, świetnie się sprzedaje. Czy ma pani niedosyt, że nie wszystko udało się opowiedzieć ?
– Muszę powiedzieć, że w trakcie pisania już mi się robił niedosyt. Trafiałam na frapujące tematy, anegdoty, drobiazgi, nad którymi nie zdążyłam posiedzieć. Zmieściłam to, co mogłam zmieścić. Każdy rozdział to 2 strony maszynopisu, książka ma tyle rozdziałów, co ma i myślę, że gdybym po raz drugi pisała panoramę życia mieszkańców Lublina, wyszłaby dwa razy większa.

• W zaczarowanym Lublinie tamtego czasu jeździły dorożki. Ale na reprezentacyjnej ulicy sprzedawano samochody?
– Składano je w zakładach mechanicznych Plagego i Laśkiewicza, gdzie w 1925 roku powstał dział karoserii samochodowych. Produkowano karoserie drewniane i blaszane, składano samochody różnych marek. W tym kabriolety na podwoziu chryslera, którego model reklamował sam ordynat Konstanty Zamoyski. Zachowało się zdjęcie tego samochodu na tle Wieży Trynitarskiej.

• Gdzie się kupowało auta?
– Poszczególne marki miały swoje salony. Było ich bardzo wiele. Głównie mieściły się przy Krakowskim Przedmieściu, na ul. 1 maja, na Bernardyńskiej. W latach 1932–33 z powodu kryzysu sprzedano tylko 150 samochodów osobowych i ciężarowych.

• Jakie były ceny?
– Młody hrabia Przewłocki spod Bychawy rozbijał się sportową lancią za 14 tysięcy złotych. Nadwozie można też było sobie zrobić samemu i z poradnikiem w ręku zamocować go na fabrycznym nadwoziu.

• Na jednym ze zdjęć, pochodzących ze słynnego archiwum Ordonki, widać gwiazdę w jednym z takich samochodów. W końcu występowała w Lublinie…
– W Lublinie z tamtych lat tętniło życie, do późnych godzin otwarte były teatrzyki i kabarety. Pierwszym kabaretem z prawdziwego zdarzenia był „Czarny kot”, który powstał 5 maja 1917 roku przy Krakowskim Przedmieściu 48. Dwa lata później jego miejsce zajął „Wesoły ul” i tam występowała Ordonka.

• To tu do niej strzelał zazdrosny kochanek?
– Być może. Choć nad tą sprawą snuje się mgła tajemnicy. Coś w tym jest, bo jej pierwszą wielką miłością był Janusz Sarnecki, w Lublinie kochało się w niej wielu, ale dla niej liczyło się wielkie kochanie i wielka miłość.

• O Ordonce pisał Józef Łobodowski, twierdząc, że urodziła się w żydowskiej rodzinie w Lublinie. Łobodowski: poeta i bokser, który naśmiewał się z nóg Marleny Dietrich.
– W 1932 roku napisał o nogach Marleny. Skrytykował filmy wyświetlane w kinach. „Dosyć grzebania się w gnijącym ścierwie cywilizacji dnia wczorajszego. Wiecznego komentowania przygód dystyngowanych panienek. Na szmelc słodką Jadzię Smosarską” – pisał we wspomnianym tekście. Potem dostało się nogom Poli Negri.

• Gdzie chodziło się na seanse filmowe?
– Do kinoteatrów, gdzie wyświetlano nieme filmy do lat trzydziestych i gdzie odbywały się rewie, wiece polityczne, a nawet pokazy boksu i zapasów. Do najbardziej eleganckich należało Apollo przy Szpitalnej, Corso przy Radziwiłłowskiej, Rialto przy Jezuickiej. Tam też odbywały się bale w celach dobroczynnych i bardzo towarzyskich.

• Na których czynnie udzielał się Łobodowski?
– Poeta o nadzwyczajnej fantazji i temperamencie oraz chłopięcej niesforności. Jako młody literat został skazany na 3 miesiące aresztu.

• Za co?
– Za obrazę armii. Podczas zabawy w kasynie oficerskim w 1938 roku wszczął awanturę. Major Falkowski zaczął uspokajać poetę; chciał zażegnać konflikt. Ten obiecał, że się uspokoi. Wytrzymał chwilę, znów zwrócono mu uwagę, Falkowski wezwał na pomoc intendenta. Ten nie mógł sobie dać rady z krewkim Łobodowskim. Wezwano gospodarza zabawy, pana Józefa Jakimińskiego, w nadziei, że ten zdoła wpłynąć na poetę i nakłoni go do opuszczenia lokalu. Pertraktacje odbyły się w pokoju karcianym i trwały godzinę. Wezwano posterunkowego, który odprowadził poetę do aresztu na Poczętkowską do pałacu Potockich.

• Panowie lubili zaglądać do domów uciech. Jak to możliwe, że jeden z najbardziej uczęszczanych mieścił się tuż obok wejścia do kościoła Dominikanów?
– A to już kwestia smaku tych, którzy ten przybytek prowadzili. Na Żmigrodzie, dokładnie naprzeciwko katedry, były równie popularne domy pod czerwoną latarnią. Podobnie jak na ulicy Dolnej Panny Marii, gdzie dochodziło do burd z mieszkańcami Lublina, którzy chcieli wykurzyć prostytutki z miasta. Nie dało się. Nawet pod filarami katedry dochodziło do nocnych burd, gdzie spotykało się towarzystwo lżejszego obyczaju, co wywoływało niesmak i zgorszenie wiernych.

• A to prawda, że w Lublinie produkowano koniak?
– Tak. Kieliszek wybornego koniaku „carcheau” z Lublina był rarytasem w pierwszorzędnych restauracjach. Fabryka mieściła się w klasztornych obiektach przy Bernardyńskiej.

• Mieszkańcy Lublina mieli fantazję?
– Jan Kazimierz Kalicki, właściciel składu jubilerskiego i klubu jeździeckiego, wjechał do restauracji „Europa” konno i zaprosił setkę gości uczestniczących w ułańskich pokazach na strzemiennego.

• Słynne romanse i samobójstwa?
– Pierwsze pilnie skrywano. A samobójstwa popełniano z honoru. Sanitariuszka w szpitalu Bożego Jana dostała wymówienie, zatruła się kwasem siarczanym. Młody kapral stacjonujący w obozie południowym, który nie mógł się wyliczyć z pieniędzy, ze wstydu napił się esencji octowej. Najbardziej tajemniczą sprawą była tragiczna śmierć Jana Turczynowicza, znakomitego prezydenta Lublina. Był tenisistą, łyżwiarzem, dziekanem okręgowej rady adwokackiej, do dziś nie wyjaśniono okoliczności jego samobójczej śmierci.

• Atrakcje?
– W 1930 roku występował w Lublinie człowiek mucha. Znany akrobata Feliks Nazarewicz wspinał się po nagiej ścianie czteropiętrowej kamienicy przy ul. Kościuszki, wstęp kosztował 50 groszy, w tłumie zanotowano parę omdleń. Popularne były seanse chodzenia po linie. Linę rozpinano na Ewangelickiej i placu przed dzisiejszą katedrą. Sztukmistrz wędrował od Wieży Trynitarskiej do pałacu po drugiej stronie ulicy. Ale cóż to znaczyło wobec tresury trzydziestu afrykańskich lwów w cyrku Staniewskiego, który stacjonował naprzeciwko cmentarza przy Lipowej. Albo motocyklisty, który jeździł po linie. I fakira tańczącego na rozżarzonych ogniach.

• Lublin był namiętny?
– Na pewno nie był Lublinem, który nad łąką przysiadł. I jak mówią złośliwi, w tym przysiadzie trwa do dziś. Miał chwile intymności, poezji i uśpienia. W przepisach higienicznych obowiązujących w mieście znalazło się zarządzenie: Układaj się do snu najlepiej na prawym boku, trzymając ręce na kołdrze… Ale Lublin był bardzo gorącym miastem.

Rozmawiał Waldemar Sulisz

Na fotografii: Mira Zimińska i Franciszek Brodniewicz w filmie „Papa się żeni” w reżyserii Michała Waszyńskiego. Takie filmy oglądał Lublin w swoich kinoteatrach